1 dzień w Kinshasie

25. 06. Budzę się na zegarku widzę 9, więc się zrywam, ale potem dociera powoli do mnie, że to dopiero 8.00 więc jeszcze wracam do śpiworka i śpię do 9.00..

🙂

W ciągu dnia jedziemy  z o. Alojzym kupić bilet do Mbuji-Muyi. Wchodzimy to takiego małego kiosku, który stoi przy drodze.  Pani sprzedająca mi bilet nie ma wydać 5 dolarów. Jak to dobrze, że nie jestem sama. Po dwukrotnym przypomnieniu dostaję reszty we frankach kongijskich.

Dookoła na ulicach pełno ludzi i pełno śmieci.. Trzeba uważać jak się przechodzi przez ulicę. Ale tę sztukę mam opanowaną po Warszawie 😉 Wracamy do prokury. Obok od rana do późnego wieczora ciągle słychać śpiewy i modlitwę, a wieczorem ledwo możemy wyjechać z bramy, bo tak dużo ludzi przyszło na modlitwy. To podobno jakaś sekta tu się rozlokowała, ale śpiewają też piosenki np M. Smitha.

Obrazek

 

Ok 16 jedziemy na kolację i ping-ponga do parafii, gdzie proboszczem jest Polak. Poznaję siostrę Krystynę i trochę żałuję, że już następnego dnia wylatuję do Mbuji Muyi, bo mogłybyśmy pochodzić trochę po Kinszasie razem. Ona jest tu już od 2 lat…

Zasiadamy do kolacji. Jakoś ciężko mi idzie jedzenie liści manioku ;-)ale jedzenie jest i tak bardzo dobre.

Reklamy

W stolicy

” 24. 06. z pół godzinnym opóźnieniem doleciałam do Kinszasy. Takie małe lotnisko, wszędzie pełno obsługi lotniska, kręcącej się tak do końca nie wiadomo w jakim kierunku i w jakim celu. Odprawa paszportowa odbyła się bez problemu, potem kontrola żółtej książeczki szczepień i przed wyjściem po bagaże jeszcze jedno spojrzenie pana w paszport, po co i gdzie patrzył – nie wiadomo.

W sali, gdzie odbiera się bagaże czekała na mnie Mama Suzanne, miała na kartce napisane moje imię, to ona zajęła się wózkiem i moimi bagażami, które bardzo szybko trafiły na taśmę i na wózek. Do tej sali osoby, które odbierają swoich bliskich z lotniska nie mogą wejść. Za to jest tam spora grupa osób, które od razu oferują swoją pomoc w niesieniu bagażu, co oczywiście kosztuje. Ale to nie koniec spotkań z osobami chcącymi zarobić. Po wyjściu z lotniska, jest ich jeszcze więcej, od wielu z nich czuć alkohol…

Ponieważ jestem pod opieką Mama Suzanne, to tylko jeden człowiek, któremu powierzyła moje bagaże, może zarobić. Kilka metrów od wejścia czeka na mnie już ojciec Alojzy. Wsiadamy do samochodu i jedziemy do prokury werbistów, gdzie będę nocować. Jedziemy busikiem, po drodze zrobionej przez Japończyków. Trzy pasy, ale co z tego 🙂 Ludzie jeżdżą jak chcą, wszędzie pełno ludzi, każdy przechodzi gdzie i jak chce. Czasami nikogo nie widać, bo latarni tu nie ma.

Przyjeżdżamy do prokury. Taki specyficzny zapach roznosi się wszędzie. W refektarzu – jadalni pachnie curry, taki zapach jest praktycznie wszędzie. Jak dobrze, że wzięłam jednak śpiwór. Kąpię się w pokoju, zarzucam na łóżko moskitierę i zasypiam…”

Za tydzień o tej porze

Za tydzień o tej porze będę, jeśli Bóg da, na ziemi afrykańskiej.  W zasadzie będzie to mój pierwszy dzień w Kinshasie, stolicy RDC.

Jeszcze nie potrafię sobie tego wyobrazić.  Próbuję ogarniać wszystkie swoje sprawy. Robić ostatnie zakupy. O pakowaniu skutecznie myśli od siebie odsuwam, choć walizki obie już od wczoraj mam 😉

To co napełnia mnie wielką radością i pokojem serca to wszyscy Wy, których Pan, w tych ostatnich dniach przed moim wyjazdem, stawia na mojej drodze. Jesteście dla mnie jak anioły wysłane przez Najwyższego. Dziękuję za piękne słowa wsparcia, za wsparcie materialne. Dziękuję Jemu, że jesteście i będziecie. Wczoraj od osoby, która jest mi jak matka, usłyszałam słowa: „dziękuję, że Cię poznałam, za spotkania i rozmowy”. Pomyślałam sobie: czy rzeczywiście miałam bym już tu nie wrócić? Ale czy warto dłużej się nad tą myślą zatrzymywać? Raczej nie. Będzie to, co Pan przygotował dla mnie. A nie może to być nic innego, jak samo dobro i piękno.

Tobie Wszechmocny dziękuję za tych wszystkich, których teraz posyłasz do mnie, którzy jak anioł Rafał posłany, aby strzec Tobiasza, oni strzegą mnie. Błogosław im Panie.

 

Sen na jawie ;)

Kiedy rano, powiem to wprost „wczesnym rankiem”, bardzo wczesnym czyli o 7, Maja wstała i powiedziała, że jedzie na działkę skosić trawę, ja jeszcze smacznie spałam. Ach…jakże trudno jest mi wstawać wcześniej niż o 9….Będę musiała się powoli przyzwyczaić, że w Kabindzie słońce wstaje o 6 i 18 zachodzi, czyli totalna zmiana trybu życia mnie czeka. Będę musiała rano wstawać….Tak więc kiedy tak jeszcze smacznie spałam, przyśniło mi się, że już jestem w Afryce.  Właśnie przyleciałam i pozwolono mi pospać, nie gdzie indziej, jak na świeżym powietrzu:) zdziwiłam się tylko, że wszystko jest takie podobne to tego co w Polsce. Krajobraz. Ludzie – biali 🙂 Pomyślałam, „Boże już tu jestem, tylko czemu wciąż się stresuję?”. I przebudziłam się, pomyślałam: Maja już pracuje nie jak żółw ale jak mrówka, a ja jeszcze śpię. Wstałam i zadzwonił telefon. Janek – ojciec Werbista, którego znam od lat 90, zadzwonił, aby powiedzieć, że wspiera mnie duchowo. Tak, to mnie podnosi na duchu, jak ktoś, choć nie może być obok mnie, mimo wszystko jest i to może jeszcze bliżej bo duchowo i z Panem. Dzięki Janku za Twe słowa, że to normalne, że się stresuję. Tych słów potrzeba mi dziś było usłyszeć. Ty, który sam jesteś misjonarzem, byłeś w Rosji, Ekwadorze. Ty wiesz, co mówisz z życia a nie z teorii. Teraz szykuję się do spotkania z przyjaciółmi, znajomymi. Nasze spotkanie – takie powiedzmy „pożegnalne” 🙂 ups.. jak dziwnie to brzmi…rozpoczniemy Mszą a potem pobędziemy trochę razem. Chcę, aby zobaczyli film o szpitalu w Kabindzie. I po prostu chcę pobyć ze wszystkimi. Tak więc czekam z niecierpliwością na to spotkanie. A że dziś Wigilia Zesłania Ducha Świętego, to pewnie jeszcze z przyjaciółmi pojedziemy na czuwanie. Zstąp Duchu Święty – Odnowicielu.

Na 18 dni przed wylotem w nieznane…

Jeszcze niedawno miałam 2 miesiące do wyjazdu, a tu nagle pozostało już tylko 18 dni… Tak, tak już 24 czerwca wylatuję, jako misjonarka świecka, do Republiki Demokratycznej Kongo. Przylatuję do stolicy – Kinshasy o 20.35. Stamtąd, tego jeszcze nie wie nikt kiedy ;), przesiądę się w kolejny samolot, tym razem do Mbuji Mayi, stolicy prowincji Kasai Oriental, skąd ktoś ze Wspólnoty Błogosławieństw po mnie przyjedzie. Wyruszę następnie do Kabindy. Ile tam zostanę? Nie wiem…. Powiem tylko: tyle ile Bóg da. Wstępnie jadę na 2 lata, ale otwieram swoje serce na pozostanie tam tyle ile Pan będzie tego chciał. Dziś wiem, że rozpoczynam nowy rozdział mojego życia, że skaczę niejako na głęboką wodę i to w dodatku nie umiejąc pływać 🙂 Jestem podekscytowana a jednocześnie zestresowana myślą, czy ze wszystkim zdążę przed wyjazdem? czy wszystko co muszę, załatwię? Każdego dnia doświadczam wielkiej dobroci od innych, którzy są teraz przy mnie i wspierają mnie. Dzięki Ci Boże za każdego, którego stawiasz teraz na moje drodze, ja bym sama tego nawet nie wyśniła, a Ty troszczysz się i prowadzisz. Tobie Panie chwała i cześć. Amen.